Cel w drodze do upadku.

K-Wyobraź sobie upadek z wysokości, ale nie z dachu swojego domu. Nie, to zbyt nisko. 8 piętro? Tak, co najmniej. Z niższej wysokości nie warto, jest duża szansa na przeżycie, a jeszcze większa na przeżycie wcale nie będąc żywym, jeśli wiesz co mam na myśli. Wyobraź sobie, chwilę, w której się przechylasz. To musi być piękne uczucie, oczywiście ten moment kiedy spadasz. Ta nieskończona wolność, pokój ze światem, z samym sobą. Wiatr we włosach, ten bezwładny niedowład. Wspaniałe, taka nieważkość.

Ale zderzenie z ziemią… ten wszechogarniający ból, który mimo tego, że trwa ułamek sekundy, bo zaraz potem umierasz, jest okropny. Całe ciało uderzające w podłoże i roztrzaskujące się. Pękające kości, płuca nie mogące złapać kolejnego oddechu, serce walczące o możliwość ponownego uderzenia.

Nasze obecne życie jest w momencie upadania nie sądzisz? Czekam tylko na moment upadku.

 

M- Nie wiem jak Ty, ale ja, kiedy pan od bandżi zapytał mnie o wagę, skłamałam, że ważę 48, a nie 58 kg

 

#z rozmów wyodrębnione

 

 

 

– K&M –

Reklamy

Zewsząd donikąd, czyli wciąż w miejscu.

I nagle… w sumie to wcale nie nagle. Ale w dość nieoczekiwanym momencie, bo między jednym a drugim krokiem spostrzegłam, że zmierza w moim kierunku jakaś spierdolina. I w tym też nieoczekiwanym momencie postanowiłyśmy, że dalej pójdziemy razem. Bo razem trochę pewniej. Chociaż może nie zawsze, bo czasami jak jej coś odpierdoli, to się boję o to, że mogę to przeżyć. Niemniej jednak tak to się właśnie zaczęło. Joga. To chyba nas połączyło. Albo po prostu rzyciowe dążenie do zera.

Tak, jesteśmy funkcją, która zmierza do zera.(pocieszające jest to, że nigdy tego zera nie osiągniemy).

f_wykladnicza_malejaca

Nadszedł ten moment, gdy po raz pierwszy wsiadłyśmy do pociągu, pustego. No, może prawie pustego. Albo przynajmniej w mniejszej połowie pustego. Chociaż w sumie to był prawie pełny, bo nie tak łatwo było znaleźć jeszcze miejsce. Ale udało się. Po lewej ktoś gada po czesku, po przekątnej pszczoły jedzą gówno (dla niewtajemniczonych:
KLIK ), a naprzeciwko, jak się później okazało (oczywiście nie w naszym wagonie, ale jednak naprzeciw) ktoś, a nawet paru ktosiów skręcało magiczne liście.

Szczęśliwym trafem nasze potrzeby fizjologiczne zbiegły się w czasie, dzięki czemu mogłyśmy poznać owych czarodziwów.

Gdy wszystko było gotowe, a

nasza podróż trwała już jakiś czas,

ktoś brutalnie zbudził nas

z drzemki. Na początku niechętnie, nie wiedząc, co się dzieje i gdzie tak właściwie jesteśmy, czując jednak zmysłem powonienia słodki zapach, udałyśmy się za niknącą w tłumie postacią.

Od tego wszystko się zaczęło. Nasza podróż zewsząd donikąd. Choć nie oznacza to, że mamy określony cel, absolutnie. Ale nie mamy też nieokreślonego. W sumie to nic nie mamy. Nawet nasz bagaż był (i nadal jest – ale JEST!) wybrakowany.

 

– K&M-